środa, 30 lipca 2014

Dzień Tysiąca Godzin - Wiesław S. Kuniczak





Autor: Wiesław S. Kuniczak
Tytuł: Dzień Tysiąca Godzin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 9788375069525
liczba stron: 856
Na wstępie chciałbym podziękować - ponad trzynaście setek wyświetleń i pierwszy post z setką na koncie :)
Wracam po długiej przerwie - jakoś tak to wychodzi ostatnio z książkami dotyczącymi II Wojny Światowej. Duże tomy, intensywna i czasochłonna lektura. Nie ukrywam zresztą, że tak lubię i nie żal mi czasu, chociaż czasem więcej zajmuje mobilizacja, żeby zacząć jeździć z taką cegłą w torbie.
Nie inaczej było tym razem. Dzieło Kuniczaka od Portalu Historyczno-Wojskowego musiało swoje odstać, aż nadszedł czas "odzyskiwania przestrzeni półkowej". Lektura wciągnęła od razu. Kolejne podrozdziały - tytułowane zgodnie z ich głównym bohaterami - przedstawiają nam historie, które są kolejnymi nićmi w wątku Historii. Wydarzenia jesieni 1939 roku widzimy oczami Generała, który sprzeciwił się Piłsudskiemu, Żyda Berga, wiejskiego chłopaka wcielonego do wojska - Antosia, syna Generała - Adama, syna jego brata Michała - Pawła, obrońców Westerplatte, amerykańskiego korespondenta, zagubionych rezerwistów, esesmana Ericha, tragiczny wątek niedowidzącego obrońcy zwierząt. Różne punkty widzenia dają nam wgląd w różne płaszczyzny społeczne i obyczajowe; Kuniczak, podobnie do Sławomira Kopra, pokazuje nam, że ówczesna Polska nie była czarno-biała, jednolita i zgodna. Wszystkie blaski i cienie przedstawione są tak, że niemal czujemy, dlaczego bohaterowie postępują tak, a nie inaczej, rozumiemy ich racje i motywacje.
Uwagę zwraca tu język - zawsze jest on dla mnie ważny - opisowy, precyzyjny, poetycki. Opisy są barwne, w przypadku starć nieomal frenetyczne; ranny Paweł wiedzie nas drogą na granicy przytomności - wszystko to czuć, ból, krew, przerażenie, zagubienie, deprywację, szaleństwo. Tak sam jak bohaterów oblepia nas kurz, a spiekota pali wargi. Widzimy szarżę pod Krojantami i choć wiemy, że nielogiczna, czujemy że tak trzeba było. Dlaczego? Ta wojna jest inna, inna niż Generał Prus pamięta z roku 1920, inna niż pamięta otyły major intendent. Świat się zmienił - jak powiedziałby S. King, poszedł naprzód - i zmienił się też sposób prowadzenia konfliktów. O tym ostatnim wiedzieli jednak Ci, którzy konflikt widzieli dużo szybciej i dokłądniej - polski wywiad widział nadciągającą burzę, ale czy spodziewał się aż takiej powodzi żelaza?
Ten właśnie dramat na wielu poziomach rozgrywa się na naszych oczach, a gdy opada kurz widzimy krew i trupy. Lektura bardzo porywa emocjonalnie, zwłaszcza że narracja każdej postaci jest dopasowana do pochodzenia i światopoglądu - łatwiej więc wyczuwamy odcienie ich uczuć.

Smutne jest też ukazanie świata, w którym zrobienie czegoś, bo tak należy, było naturalne, choć niełatwe. Jakże niemodna, pozornie nieekonomiczna i niepraktyczna dziś to postawa.
Strumienie świadomości - czasem wąskie i wartkie, kiedy indziej szerokie i wszechogarniające. Psychologia, filozofia, zaduma.
Perspektywy wąskie, które wraz z doświadczeniami życiowymi rozlewają się niczym rzeka, oraz te szerokie, których horyzont skraca się do naprawdę najbardziej osobistych wydarzeń - zderzają się, przeplatają, malując rzeczywistość tysiącami odcieni.
Sporo zajęło mi przeczytanie tego tomiszcza, ale wraz z ostatnimi słowami czułem jakiś brak, już sięgnąłbym po kolejny tom (oby się ukazały), by poznać dalsze losy... tych, którzy przeżyli.

Nieczęsto mam okazję sięgać po książki Zysk i S-ka, ale zawsze jest to wydarzenie. Najpierw oczywiście trylogia Tolkiena w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego - "jedynej słusznej" wersji Marii Skibniewskiej nie mogłem przebrnąć, wspaniała "Wielka Gra" (oby więcej Hopkirka - tak powinno się opisywać historię), teraz Kuniczak, wkrótce Cherezińska - tu również się nie zawiodę, w planach Ayn Rand. Pal sześć, że to "cegły", bo mimo niewygody warto.
Po tak długim i intensywnym pobycie w '39 czas na fantastyczno-pulpowy antrakt - Coś na Progu #9 - w oczekiwaniu na numer dziesiąty.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Smocza Cesarzowa - Juraj Červenák




Autor: Juraj Červenák
Tytuł: Smocza Cesarzowa
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
ISBN: 9788364185106
liczba stron: 504
Fantasy? Nie.
Dobre fantasy? Bliżej, ale też nie.
Epickie/legendarne fantasy? Te określenia pasują do pozycji zachodnich. Tu świat słowiański, więc raczej "krzepkie", "zacne" i "srogie" byłyby na miejscu.


Trochę czekałem na ten tom i miałem pewne obawy, bo "Żelazny kostur" czytałem już ponad rok temu i musiałem chociaż pobieżnie odświeżyć parę wątków.
Okazało się, że nie było to konieczne. Ponownie pięknie wydany i opasły tom, z ciekawym zdobieniem stron i czcionką przenosi nas w czasy średniowiecznej Rusi, krótko po pokonaniu Zilanta. W Bułgarze wre. Waregowie są odsunięci na boczny tor, Światosław szykuje się na wojnę z Chazarami, a tymczasem przybywa rozbójników i ziemie emira są coraz mniej bezpieczne dla jego poddanych, a na Kijowian i ludzi Bragiego patrzy się coraz bardziej niechętnie.
Piękna to książka. Wspaniały zamysł oparcia historii na bylinach, czyli pieśniach - legendach staroruskich, sprawił, iż dostajemy baśń o baśniach. Bohaterowie, czyli drużyna bohatyrów obraca się w rzeczywistości, w której wczorajsze mity dziś stają się śmiertelnie realnym zagrożeniem. Sami nierzadko nie chcą w nie wierzyć - ale będą do tego zmuszeni. Tak samo czytelnik - wraz z Ilią, Jegorem, Mikułą, Kościejem, Aloszą, Samsonem, Koływanem, Daniłą, Suchanem, braćmi Połocczanami kręcimy się w wirze okoliczności, który ściera ze sobą chrześcijaństwo, mahometanizm, wierzenia Północy i dzikich, okrutnych ludów ziem ruskich.
Na szczególną uwagę zasługuje język - zapewne po równo to zasługa Autora, jak i pani tłumacz Ilony Lechowicz. Piękna stylizacja, nie archaiczna, ale oddająca styl mówienia w sposób barwny i płynny. Tak właśnie toczy się ta historia, wartko i ciekawie, nawet nie zauważamy przewracanych stron. Wicher przygody i historii pcha nas naprzód, przez błoto i krew, wśród zdrad i podstępów, zadziwiając zwyczajami i wierzeniami spotykanych ludów, plącząc nici ambicji i polityki, które zarzucają się siecią na odważną drużynę.
Każdy z wojów gosudara jest poddawany wątpliwościom i musi udowadniać sobie i pozostałym własną wartość i lojalność wobec grupy, jak też szukać w niej oparcia - gdy zmaga się z własnymi słabościami i demonami przeszłości. W tej drużynie sławnych wojów, z których niemal każdy przyszedł do Kijowa w kajdanach, zderzają się różne motywacje, wierzenia, przeżycia i urazy do innych narodowości. Najważniejsza jest jednak całość, którą tworzą, większą i silniejszą niż tylko suma cząstek.
Emocjonująca akcja - nawet mimo faktu, że to trochę literatura drogi. Opowieść, niczym rzeka zanosi nas poza granice świata śmiertelników, zderzając z fizycznymi i duchowymi przeciwieństwami.
Z niecierpliwością czekam na ostatni tom - i dlaczego ostatni?! Červenáka można czytać bez końca i bez znużenia.

Szykuje się dłuższa nieobecność na blogu - chwytam za "Dzień tysiąca godzin" W.S. Kuniczaka.

piątek, 20 czerwca 2014

Witajcie w Rosji - Dmitry Glukhovsky





Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Witajcie w Rosji
Wydawnictwo: Insignis
ISBN: 9788363944469
liczba stron: 300
Rzecz zupełnie odmienna od Metra, to wiadomo.
Chociaż nie, tak naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać. Jak daleko autor pójdzie w fantastykę, by przekazać realia?
Zbiór opowiadań ukazuje różne oblicza Rosji, z jej bolączkami i patologiami. Jednak czy tylko Rosji? Pod płaszczem zahaczających o horror obrazów widzimy typy, które możnaby wskazać i u nas - sprzedajni ludzie mediów, usłużni naukowcy - nagradzani orderami, które z miejsca stają się kontrowersyjne, słudzy Jedynej Słusznej Wizji, ministrowie na szczycie z kryzysem życiowym.
Jak słusznie zauważył Fenrir w swojej recenzji w pewnym momencie zaczyna się wodolejstwo, ale styl autora ratuje nawet bardziej niezrozumiałe fragmenty. Niezrozumiałe, czy może raczej nie do końca czytelne dla nie-Rosjanina. Pewne skojarzenia, szablony, odniesienia których polski czytelnik musi się czasem domyślić nie przeszkadzają w delektowaniu się ironią i absurdem - jak chociażby w "Głównych wiadomościach". Całość ocieka ironią do tego stopnia, że nawet przy zwykłych opisach czujemy drugie dno, które przez kontrast maluje bardzo plastycznie obraz życia w kraju carów.
Glukhovsky dowodzi, że jest nie tylko świetnym obserwatorem (w końcu jest dziennikarzem, więc powinien), ale ma nieszablonową wyobraźnie - wszystkie te fantastyczne motywy mające uwypuklić absurdy codzienności Rosji są bardzo zaskakujące i oryginalne, celne i barwne.
Na uwagę zasługuje też samo wydanie - twarda oprawa, spora, czytelna czcionka, piękne, niepokojące ilustracje.
Od początku do końca wciągająca, gorzko-ironiczna, błyskotliwa i precyzyjnie nakreślona lektura. Polecam nie tylko miłośnikom fantastyki, wszak tu jest to tylko narzędzie do ukazania czegoś więcej.

Szybka wymiana książek na półce i sięgam po wyczekiwane tomiszcze - "Bohatyr. Smocza cesarzowa" Juraja Cervenaka.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Trup z Nottingham - Sasza Hady




Autor: Sasza Hady
Tytuł: Trup z Nottingham
Wydawnictwo: Oficynka
ISBN: 9788362465767
liczba stron: 416


Brwi, które nie wiedzą, co myśleć i farba która z nudów się łuszczy.
Nudy tu na pewno - poza rzeczoną farbą - nie uświadczymy. Kontrastowe charaktery, czyli Rupert i Nick znów porwą nas w wir przygód. W przypadku tego drugie, nie do końca z własnej woli.
Po małomiasteczkowym klimacie Little Fenn z pierwszej odsłony przygód Bendelina przenosimy się do Nottingham i równie gęstej atmosfery pewnego wydawnictwa.
Zamordowany został jeden z dwóch jego założycieli. Kto na tym skorzystał? Jaki był motyw? Szukając odpowiedzi poznajemy niewielką galerię pracowników, którzy dobrze skrywają swoje tajemnice - czy mają one jednak związek z morderstwem? Rupert i Jones - pod przykrywką i z pomocą - będą musieli się dowiedzieć, czy chociaż pytania, które zadają są prawidłowe. Tłem dla tchnącej kurzem i papierem tajemnicy jest Nottingham, w którym mieszka brat Ruperta i gdzie znajdziemy pewną beznadziejnie smutną knajpę.
Mamy więc pracę detektywów, jak też ponowną wizytę w Little Fenn. Najważniejsze jednak - poznajemy ciotki Nicka! Już one same według mnie proszą się o ekranizację. Tylko błagam - proszę sprzedać prawa do Wielkiej Brytanii, bo nie widzę tego w polskiej obsadzie i reżyserii - która kojarzy się ciągle z tym samym studiem i szablonem gry.
Wszystkie niedomówienia i sekrety, które kolejno wypływają na powierzchnię kojarzą się trochę z matrioszkami - kryją się jedna w drugiej, problem się komplikuje, a szukanie motywu wydaje się niemożliwe.
Sasza Hady ponownie porywa świetnym stylem, niegasnącym humorem, świetnym akcentami pobocznymi - zarówno humorystycznymi, jak zagadkami. Troszkę mi tu nie gra stosunek Jonesa do płci pięknej, ale czekam na kolejne tomy, sprawa pewnie się rozwinie :)

Oby więcej takich historii!

Odrywając się na chwilę od kryminałów - "Witajcie w Rosji" Dmitrija Glukhovskyego od Wydawnictwa Insignis, już od pierwszych stron ociekające ironią i niezawodnie pomysłowe.

niedziela, 8 czerwca 2014

Pan Whicher w Warszawie - Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics, czyli Anglosas wśród Słowian




Autor: Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics
Tytuł: Pan Whicher w Warszawie
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy ERICA
ISBN: 978-83-62329-68-7
liczba stron: 496

"(...) ciepłe powietrze, pachnące stopionym woskiem i perfumami dam". Rześkie powietrze warszawskiej ulicy, pachnące krwią kapiącą z narzędzia sztyletnika.
Retro. Retro-kryminał. Wciągający tak, że nie zauważa się objętości. Wielowątkowy. Dopracowany - z pietyzmem wręcz opisywane szczegóły istniejących już budynków, wyglądu danej ulicy, używanej broni, noszonych sukni. Do tego wspaniały dodatek - ilustracje i zdjęcia z epoki, wiernie oddające ducha czasów i uzupełniające nasze wyobrażenia. Świetny pomysł, dodaje uroku temu tomiszczu.
Żywym słowem odmalowana Warszawa tuż przed Powstaniem Styczniowym to jedno - wszak w tym gatunku detale i stylizacja są bardzo ważne. Autorzy bardzo się przyłożyli, miałem wrażenie, jakbym czytał powieść faktycznie napisaną wówczas, nie przymierzając "W otchłani Imatry" Ławrowa, ale bogatszą. Upodobnienie to jest też bardzo głebokie - sięga aż po ciekawą czcionkę i oczywiście samą formę powieści - przeplatanie narracji Czernyszewskiego fragmentami pamiętników Whichera.
Drugie - to postaci. Oprócz tych historycznych, jak Wielki Książę Konstanty, Ignacy Chmieleński, Morgan Earp i detektyw Jonathan "Jack" Whicher, fikcyjne wszelkiego autoramentu przedstawione są realistycznie i barwnie. Począwszy od ekipy posterunku, przez Czernyszewskiego, po arystokrację - oschły Dołgoruki i błyskotliwa Praskowia Iwanowna - i wszystkie ich wzajemne powiązania. Poznajemy też Polaków - głównie spośród Białych i Czerwonych, przez ich spotkania rysuje się konflikt i wszelkie implikacje planowanej insurekcji. A jest ona blisko, w Warszawie pod pozorami spokoju wszystko się gotuje, nie chodzi jednak tylko z zamachy na hrabiego Wielopolskiego, ale też o powtarzające się morderstwa, magię i tajemniczą czarną karocę.
Trzeci więc element - to intryga. Poznajemy ją oczami Whichera i Czernyszewskiego, więc nieuchronnie zabarwiona jest dwoma różnymi osobowościami - angielską metodycznością i słowiańską żywiołowością. Początkowe śledztwo Rosjanina obejmujące dziwne morderstwa prowadzi do dochodzenia "księcia detektywów" w sprawie zaginięcia krewnej cara. Razem z detektywami głowimy się, czy te wątki się wiążą, a mnożące się dowody, tropy i zeznania podobnie jak ich - wodzą nas za nos.
Poza opisami detali jest wiele innych smaczków - na postać tłumacza i wszelkie niedogodności wynikające z bariery językowej na pewno wpływ miała Autorka, mamy też mrugnięcia okiem do współczesnego czytelnika, na przykład w rozmyślaniach Whichera nad czasem potrzebnym na dotarcie informacji. Nie mamy tu też zawrotnego tempa, jak w wielu powieściach dziejących się w naszych czasach. Angielski detektyw kojarzy się nam oczywiście z Sherlockiem, ale Whicher działa inaczej, nie twierdzi, że zna już rozwiązanie -zostawiając czytelnika na puste domysły. Szuka nowych metod, doskonali swój warsztat, lekko krytykuje rosyjskie metody przesłuchania, bacznie obserwuje swojego rosyjskiego partnera w śledztwie.
Lektura pochłania - w ogóle nie czuć, że to dwójka autorów, a fabuła przenosi nas od salonów po brudne zaułki i zakazane mordownie. Świetna porcja rozrywki w solidnych ramach historycznych! Oby więcej takich książek. Z pozycji retro, które czytałem - mój numer jeden.

A skoro już jest - to "Trup z Nottingham" Saszy Hady z SZwB

sobota, 31 maja 2014

Wielbłąd przy bramie - Mirosław Salski

Autor: Mirosław Salski
Tytuł: Wielbłąd przy bramie
Wydawnictwo: Videograf
ISBN: 9788378352686
liczba stron: 328

Na ZwB brak jeszcze zapowiedzianego wywiadu z autorem, ale jest za to notka autorska, całkiem intrygująca. Co mają oznaczać wzmianki o Festiwalu, co ma do sprawy cmentarz, czego w ogóle dotyczy sprawa i jakie miejsce zajmują w niej przedziwne postaci?
Zachęcony, sięgnąłem po książkę od Syndykatu. Na odpowiedzi na nurtujące pytania musiałem niestety chwilę poczekać. Fabuła rozwija się powoli, w sposób tyle oryginalny i wielowątkowy, co trochę niejasny. Dodatkowym utrudnieniem jest specyficzny styl, bardzo opisowy, momentami rozrastający się wręcz do przewodnikowego. Rozumiem, Szczecin jest ładnym miastem, ma swoje atrakcje i urok, ale szczegółowe wyliczanie gatunków drzew na cmentarzu, jego zabytków, szczecińskich ciekawostek nuży. Chociaż, może to i lepiej, więcej wyobraźni, mniej Google Street View. Lepiej przedstawiają się wycieczki w historię, nawet rzeczonego festiwalu - choć bigbit to nie moja bajka. Więcej tego typu opisów pojawia się za sprawą inspektora Wady i Generała, czyli już w momencie, gdy akcja przyspiesza i wątki zaczynają się łączyć. No, przynajmniej trochę.
Pan Salski z przymrużeniem oka prowadzi narrację, wplatając nietypowe sytuacje czy postaci (o co chodzi z tym Indianinem?). Początkowo żmudna lektura niezauważalnie wciąga i gdy już przyzwyczaimy się do przewrotnego stylu oraz wstawek historyczno - architektoniczno - filozoficznych ( tak, Kierkegaard, czyli - jak się dowiadujemy - cmentarz!), z uwagą śledzimy perypetie ekipy detektywistycznej.
Swoją drogą mam takie dziwne, krążące skojarzenie - przez awanturniczość fabuły, duch przygód i zagadek, które wydają się nie do końca realne - z "Kapeluszem za sto tysięcy" Bahdaja. Takie luźne ale zawsze.
Zakończenie niebanalne, zdecydowanie warto przeczytać.
Jako że przyszła paka od Syndykatu i trzeba zrobić miejsce - w ramach likwidacji półki retro sięgam po "Pan Whicher w Warszawie" Tomasza Bochińskiego i Agnieszki Chodkowskiej-Gyurics

czwartek, 22 maja 2014

Zasługa nocy - Mateusz M. Lemberg, czyli gliny sterane życiem

Autor: Mateusz M. Lemberg
Tytuł: Zasługa nocy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 9788378397212
liczba stron: 344

Kolejny kryminał - od Szuflady - i również debiut - czyli teoretycznie, przez porównania, podstawa do czepialstwa. Nie będzie go może dużo, ale zawsze.
Na plus bohaterowie - policjanci. Już nie samotny detektyw, a żmudna i brudna praca policyjna. Każdy z bohaterów ma bogate tło życiowe i emocjonalne, co nie zawsze wychodzi na plus. Chwilami trochę razi zbyt głębokie wchodzenie w sferę psychologii, zwłaszcza w relacjach damsko - męskich i damsko - damskich. Skoro policja, nasuwa mi się skojarzenie z Chmielarzem, który oszczędniej opisywał prywatne problemy, zostawiając wręcz niedosyt, co odrobinę lepiej odbiło się na powieści.
Drobne niedopowiedzenie co do Hifa - skąd tu policjanta stać na luksusy i lodówkę pełną belgijskich piw? - nakręca ciekawość. Trochę dużo wątków odciąga uwagę od trupa, który pojawia się na początku, chociaż i sama akcja splata się z szybko następujących sytuacji, więc czasami motywy związane z bohaterami mają pierwszeństwo przed wątkiem kryminalnym. Zresztą, czy inaczej jest w życiu? Wszystko się przeplata i czasem trudno rozdzielić wątki. Jak to w pracy policji bywa, nie obędzie się bez innych spraw w tle - i dręczącej niepewności, czy są związane ze sprawą główną, czy też może są tylko ozdobnikami mozaiki? Albo odwróceniem uwagi? No i zwierzęta, wszędzie zwierzęta...
Nie rozumiem pretensji niektórych blogerów, że to nudne że Witczak słucha jazzu bo to banalne, oklepane itd. Uważam, że wręcz przeciwnie, primo że jazz to całe spektrum emocji, secundo - knajpy jazzowe mają ciekawą atmosferę, tertio - instrumentarium jest większe niż w innych rodzajach muzyki popularnej, co daje większy wachlarz możliwości w opisach.
Uderza nas też brutalna codzienność, proza życia, problemy mieszkaniowe, korki, brutalni gangsterzy, głośne kluby, fastfoody, cała tkanka tworząca wielkomiejski organizm.
Chwalebne jest dobre przygotowanie Autora w kwestii detali - nie tylko w kwestiach zawodowych (medyczno - weterynaryjnych), ale i ujawniających się w wielu opisywanych sytuacjach.
Akcja początkowo nie porywa tempem, rozkładając się na poszczególnych bohaterów, ale kiedy już przyspiesza, strony przewracają się same, wątki nagle układają się w całość, a postaci solidnie nasycone tłem osobistym stają się wiarygodniejsze. Nie mam w zwyczaju opisywać akcji książki, potencjalnemu czytelnikowi niech wystarczy blurb i opis ogólny, ale zakończenie mocne i ciekawe.
Na pewno sięgnę po kolejny tom, "Patron".

Tymczasem Mirosław Salski - Wielbłąd przy bramie - od Syndykatu Zbrodni w Bibliotece

piątek, 16 maja 2014

Morderstwo na mokradłach - Sasza Hady

Autor: Sasza Hady
Tytuł: Morderstwo na mokradłach
Wydawnictwo: Oficynka
ISBN: 978-83-62465-46-0
liczba stron: 382


Po Orkanie sięgnąłem po kryminał - a okazuje się że jest drugi tom! Będę musiał poszukać.
Sasza Hady za to pisze urzekająco. Tytułowe morderstwo na mokradłach w Gloucestershire ma rozwiązać... nieistniejący detektyw. Istnieje za to jego twórca - pisarz Rupert Marley - który kazał swojemu bohaterowi zamieszkać pod adresem swojego przyjaciela z lat studiów. Jak można się domyślić, Nick, policjant, nie jest z tego powodu szczęśliwy. Wśród potoku klientów szukających usług detektywistycznych pojawia się i Helen, która zawiedzie go do Little Fenn. A właściwie ich obu.
Przewrotny pomysł, ale dalej jest tylko lepiej. Angielska wieś opisana jest z humorem, mieszkańcy jawią się w całym swoim rozplotkowaniu, ze słabościami, przyjaźniami i animozjami, zwyczajami i wśród swoich ulubionych potraw jako bardzo ludzcy, ciekawi i oryginalni. Każdy jest na tyle odmienny, że czytelnik szukając tropu mordercy daje się wodzić autorce za nos, doszukując się motywu i sposobności u kolejnych postaci. Dodatkowo daje się zauważyć duże - według mnie - wyczucie angielskiego, nie wiem, klimatu, stosunków międzyludzkich; nad wszystkim unosi się duch lekkiego absurdu i czarnego humoru. Nie ma tu przy tym takiego natłoku nazwisk jak w "Zakryjcie jej twarz" P.D. James, w którym trochę się gubiłem. Poza tym jednak czuć podobieństwa do tej autorki czy Amerykanki Marthy Grimes i sądzę że Sasza Hady śmiało mogłaby przyjąć anglojęzyczny pseudonim i uchodzić za autorkę z Wysp.
Kapitalny duet z tych dwóch, niezbyt śmiały policjant i elegancki, światowy i towarzyski pisarz. Świetnie rozegrane kontrasty.
Akcja toczy się powoli, dostajemy mnóstwo szczegółów, a nic dramatycznego się nie dzieje. Bohaterowie jedzą, rozmawiają, mijają się, robią zakupy, a napięcie jednak rośnie. Sieć powiązań się zaciska, a rozwiązanie zagadki zaskakuje - gdy poznajemy je w rozmowie w stylu Poirota, ale nieco bardziej kameralnej.
Lekturę kończyłem z niekłamaną przyjemnością i uśmiechem na twarzy, bo taka właśnie jest ta książka - miła i przyjemna.

Z braku kolejnej powieści Hady - Trup z Nottingham - pozostaję w klimacie kryminalnym - Mateusz Lemberg "Zasługa nocy"

poniedziałek, 12 maja 2014

Głową w mur - Rafał W. Orkan

Autor: Rafał W. Orkan
Tytuł: Głową w mur
Wydawnictwo: Fabryka Słów
ISBN: 9788375740103
liczba stron: 360


Po powieść Orkana sięgnąłem w ramach "czyszczenia półek", ale jeszcze trochę tam zostanie. Dość długo zwlekałem z lekturą, spodziewając się, owszem, dobrej fantastyki, ale takiej do podania dalej.
Byłem w błędzie.
Czytałem wcześniej opisy książki, więc wiedziałem, że język bogaty, że frenezja, że mroczny świat. Wiedzieć a poznać... Pierwsze, co robi wrażenie to właśnie język. Soczysty, ale precyzyjny, bogaty w perełki, które to nie wiadomo - archaizm czy neologizm; opisy szczegółowe, ale nie nużące, plastyczne i barwne, mimo mroku jaki opisują, mroku miasta Vakkerby, gigantycznego, cyberpunkowego w duchu, ludzkiego ula, gdzie uprzywilejowani żyją w chmurach, a biedota w rynsztokach pod ziemią. Obrazowe nazwy dzielnic, symbolika warstw, gwar, tłok i brud Wielkiego Kotła. Mnogość obrazów i opisywanych sytuacji początkowo jawi się jak witraż, barwna mozaika w ciemnych, grubych ramach mocno trzymających poszczególne elementy, które nie wydają się ze sobą powiązane niczym więcej niż miejscem. Nic bardziej błędnego.
Kolejnym dużym zaskoczeniem były właśnie powiązania, ujawniające się w toku lektury. Z ogromną szczegółowością wszystkie wątki splatają się w większą całość, każdy detal ma znaczenie, nie zostają żadne otwarte i niedokończone kwestie, głębokim echem odbijają się słowa proroków przeplatające się między częściami książki, nawet cytaty z Kazika i Siekiery nie są przypadkowe.
Sama cyberpunkowość świata też jest ciekawa - nie ma tu jednak wyzyskującej korporacji, a Zakon Braci Konstruktorów, potocznie zwanych Technomagami. Udany mariaż magii i technologii ukazuje naszym oczom przedziwne konstrukty, wymyślne narkotyki, inżynierię genetyczną, półgolemy, ale i spaczenie, wynaturzenia spowodowane przez ścieki z magicznych fabryk i odrażające deformacje istot żyjących na samym dnie społeczności.
Przypadkowa wycieczka w świat Byhtry okazała się wyjątkową wyprawą, którą będę chciał powtórzyć.
Po tak mocnej fantastyce czas na kryminał - Sasza Hady - Morderstwo na mokradłach.

poniedziałek, 5 maja 2014

Parabellum. Prędkość ucieczki - Remigiusz Mróz

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Parabellum. Prędkość ucieczki
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
ISBN: 9788362329939
liczba stron: 411

Uzupełnianek pomajówkowych ciąg dalszy, czyli lektura jednodniowa.
Miałem co do tej książki duże nadzieje, bo lubię literaturę wojenną. Jakoś tak Kirst i jego 8/15 mi się kojarzył odlegle, na pewno też Leo Kessler - choć tam większa dowolność w traktowaniu historii. Mimo wszystko nie zawiodłem się, mimo że początek szedł mi trochę opornie, nieco raziła lekka szablonowość, dużo bardziej - za grube przekleństwa, jakby nie pasujące do ducha tamtych czasów (nawet gdy padały z ust żołnierzy czy szemranych typów). Wraz z wybuchem wojny akcja przyspiesza, wątki dotyczące poszczególnych postaci się rozwijają, a sami bohaterowie stają się mniej papierowi. Ba, pan Kremmer ubawił mnie setnie. Spora jest dbałość o szczegóły - może z początku trochę natrętnie pojawiają się opisy przedmiotów czy miejsc, ale z czasem zaczyna się to robić intrygujące i skłania do sprawdzenia, poczytania więcej...
Motywy fabularne - ucieczka na Zachód, przez linie frontu, jak i przejście "do lasu" ciekawe i co ważne - przeplatanie wątków nie jest nużące. Zaskakująco duża jest czcionka, przez co normalna objętość staje się nieco mniejsza i lektura dużo szybsza - jeden dzień, chociaż bardziej to zasługa sprawnego stylu i wartkiej akcji. Niezależnie od zastrzeżeń, chętnie przeczytałbym kolejny tom - Horyzont zdarzeń. Póki co - będę mógł porównać z dużo obszerniejszym "Dniem tysiąca godzin" Kuniczaka.
Dalszy ciąg "czyszczenia półek" - "Głową w mur" - Rafał W. Orkan